Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
A życie toczy się dalej.
Nacieszyłam się pobytem w domu. Cały weekend był jak z bajki - wreszcie w domu! Dopiero w niedzielę wieczorem zaczęłam się denerwować. W poniedziałek miałam iść po raz pierwszy od prawie dwóch miesięcy do szkoły. Co prawda rodzice stwierdzili, że to bez sensu, bo został i tak już tylko tydzień do ferii - ale właśnie dlatego chciałam pójść.
Do szkoły podwoził mnie brat albo rodzice, ze szkoły szłam pieszo w towarzystwie znajomych albo taksówką, nigdy sama. Lekarz zabronił mi chodzić gdziekolwiek samotnie. A szkoda, bo uwielbiam samotne spacery. Oczywiście, nie mam zamiaru stosować się do tego zalecenia.
Aczkolwiek całkiem przyjemnie było dostawać się do szkoły w ciągu pięciu minut, siedząc w ciepłym samochodzie, z mnóstwem wolnego czasu zarówno w domu, jak i w szkole. Normalnie droga do szkoły zajmuje mi dwadzieścia minut pieszo.
W poniedziałek w szkole powitali mnie radośnie znajomi i przyjaciele. Wszyscy co do jednego pytali o moje włosy - bo ta zmiana najbardziej rzuca się w oczy. Nie dziwię się - nie tylko kolor włosów jest inny, ale także długość i gęstość. Niezmiennie odpowiadałam, że tak, zmieniłam image, po prostu znudziwszy się poprzednim. Tylko najbliżsi przyjaciele zauważyli inne zmiany.
- Amy, co się z tobą działo? - zapytała Sara przy pierwszej okazji. - Wyglądasz... inaczej.
- To znaczy? - zapytałam niewinnie.
- Schudłaś. Zbladłaś. Masz podkrążone oczy. Chorowałaś?
Trochę się zmieszałam. Wiedziałam, że muszę w końcu im powiedzieć, ale... jeszcze nie teraz.
- Powiedzmy - odparłam zdawkowo. - Sara, opowiem wam wszystko, obiecuję, ale potem.
Sara nie wyglądała na przekonaną, ale nie powiedziała już nic.
Potem dorwał mnie Daniel.
- Dlaczego nie dałaś znaku życia? Co się stało? - zapytał z lekkim wyrzutem w głosie.
- Powiem wam później, Dan - obiecałam. - Wszystko opowiem... Ale do tego potrzeba trochę czasu... spokoju... co nagle to po diable - dodałam sentencjonalnie.
Daniel też dał wtedy spokój. Wanda przysłuchiwała się tej wymianie zdań, toteż przynajmniej ona mnie nie zaatakowała.
Na długiej przerwie w poniedziałek poszłam do dyrektora. Miałam pismo dla niego, informujące o stanie mojego zdrowia, rokowaniach oraz zawierające porady, co robić, gdyby coś złego się wydarzyło. Dyrektor przeczytał, ale widziałam, jak zmienia mu się wyraz twarzy w miarę czytania. Kiedy skończył, spojrzał na mnie znad kartki, a oczy miał szeroko otwarte.
Dłuższą chwilę trwało milczenie.
- Boże - odezwał się dyrektor. - To prawda...?
- Czytał pan, profesorze - odpowiedziałam spokojnie. Bądź co bądź zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że umrę. On nie miał kiedy. - Za rok nie będzie już problemu...
- I ty mówisz to tak spokojnie! - zawołał.
- A jak mam mówić? - Uniosłam brwi. - Nie jestem histeryczką. Już przeszłam ten etap.
Potrząsnął niedowierzająco głową.
- I nie boisz się...?
- Boję - przyznałam. - Ale co z tego? Skoro bez względu na wszystko mam umrzeć...
Te słowa nieco nim wstrząsnęły.
- Więc nie ma nadziei...?
- Czytał pan - powtórzyłam. - Mam rok. Prawdopodobnie nie cały. Dopóki żyję... chcę, by to było choć trochę szczęśliwe życie. Chcę żyć do śmierci.
Patrzył na mnie tylko.
- Najważniejsze jest to - podjęłam po chwili - że kiedy już umrę, będzie to... wstrząsem dla uczniów. Zwłaszcza tych, którzy mnie znają. Myślę, że trzeba ich jakoś na to przygotować.
Zamrugał, zdziwiony.
- Co masz na myśli?
- Myślę, że poinformuję moją klasę o zaistniałej sytuacji - powiedziałam obojętnie, chociaż bałam się mówić te słowa. Jak ja mam o tym powiedzieć? - Resztę zrobi poczta pantoflowa i plotki.
Dyrektor obiecał, że przekaże wszystko higienistce i mojej wychowawczyni. Przynajmniej ominą mnie dwie kolejne, równie nieprzyjemne rozmowy. Nie da się ukryć, że wychodziłam z gabinetu dyrektora z niejaką ulgą. Mam to za sobą!, myślałam. Teraz czeka mnie jeszcze gorsza rozmowa z klasą... a najpierw z przyjaciółmi.
Poprosiłam Sarę, Daniela i Wandę, żeby zostali chwilę po lekcjach we wtorek. Chciałam im wszystko wytłumaczyć. Musieli być naprawdę zaniepokojeni moim wyglądem i tajemniczym zachowaniem, bo zostali bez szemrania. Poszliśmy do Siódmego Nieba na naleśniki.
Treść rozmowy, jaka tam nastąpiła, zostawię dla siebie. Było to bardzo bolesne i wzruszające doświadczenie. Nie obyło się bez łez. Ale żegnając Sarę i Wandę na przystanku miałam w sercu dziwnie radosne uczucie. Tak, to są prawdziwi przyjaciele. Czuję niesamowite ciepło w sercu, kiedy o nich myślę.
Daniel odprowadził mnie pod sam dom, chociaż to nie za bardzo po drodze do niego. Od tamtego czasu robi to codziennie, dzięki czemu nie muszę jeździć taksówką. Kochany Daniel...
W środę mieliśmy lekcję wychowawczą, na której zamierzałam powiedzieć o wszystkim klasie. We wtorek po polskim zatrzymałam mnie wychowawczyni i truła przez dwadzieścia minut, nie bardzo wiem o czym, bo odpłynęłam myślami. Tak, miało to jakiś związek z moją chorobą, ale jaki - kto wie?
Lekcja wychowawcza była ostatnia. Poprosiłam wychowawczynię, by pozwoliła mi zabrać z lekcji ostatni kwadrans. Oczywiście, ten "kwadrans" skrócił się do niecałych dziesięciu minut, bo ona nie potrafi poradzić sobie z klasą... ale w końcu uspokoili się i mogłam mówić. Serce biło mi jak oszalałe. Usiadłam na stole pośrodku klasy i poprosiłam, żeby się do mnie zbliżyli. Chybabym się nie odważyła zacząć, gdyby nie kojąca obecność Sary, Wandy i Daniela.
- Chciałam... - zaczęłam z wahaniem. Klasa zaczynała się niecierpliwić, musiałam powiedzieć to jak najszybciej. - Chciałam się z wami pożegnać - wydusiłam z siebie. Potem poszło już łatwiej. - Nie wiem, kiedy odejdę, ale może się to zdarzyć w każdej chwili. Za rok, jutro, za minutę. Nie wiem kiedy, dlatego już dziś mówię wam: żegnajcie. Mam nadzieję, że czasem o mnie pomyślicie.
Ich twarze powiedziały mi, że kompletnie nic z tego nie rozumieją. Wanda znów zaczęła płakać.
- Niedługo umrę - powiedziałam cicho. - Mam złośliwego raka mózgu. Lekarze dają mi nie więcej niż rok. Zapewne mniej. To - dotknęłam loków, spływających mi na ramię - jest tylko peruka. Chemioterapia wyniszczyła mi włosy. Jestem łysa jak noworodek. - Uśmiechnęłam się lekko. - Niedługo umrę - powtórzyłam. - Dlatego chciałam was pożegnać.
Teraz Sara także płakała. Wszyscy patrzyli na mnie, szokowani.
- Żartujesz... prawda? - powiedziała Andżelika, wstrzymując oddech.
Nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na nią z uniesionymi brwiami.
- Boże - wyszeptała Andżelika.
Spojrzałam na zegarek. Była piętnasta pięć.
- Koniec lekcji - powiedziałam. - Możecie iść do domów...
- Jak możesz być taka spokojna? - Aniela zadała pytanie, które słyszałam już tyle razy.
- A jaka mam być? - odparłam pytaniem. - Etap histerii mam już za sobą. Teraz po prostu... żyję. Dopóki nie umrę... żyję. Chcę żyć do śmierci.
Zbierali się cicho, powoli, nie wymieniając żadnych uwag. Rzucali mi powłóczyste spojrzenia, przełykali ślinę. Wanda, Sara i Daniel otoczyli mnie i wyszliśmy z klasy pierwsi. Poszliśmy do domu.
W czwartek cała szkoła huczała od plotek. Ludzie gapili się na mnie, kiedy przechodziłam korytarzem, milkli, kiedy nadchodziłam. Niektórzy, odważniejsi, obdarzali nie sympatycznymi uśmiechami. Na specjalizacji nikt się do mnie nie odezwał. Dopiero pod koniec drugiej godziny Marta, siedząca przy komputerze obok mnie, zadała pytanie, a kiedy przebrzmiało, w sali zapadła cisza jak makiem zasiał. Nawet profesor zamilkł.
- Amy, czy to prawda, że... ty... masz... raka? - zapytała, jąkając się, Marta.
- Tak - powiedziałam po prostu. - Mam niecały rok.
- Rok? - powtórzyła Marta.
- Potem umrę.
Zapadło milczenie. Wszyscy się na mnie gapili. Po raz pierwszy w życiu byłam w centrum uwagi dosłownie wszystkich. Sytuację uratował profesor, który przytomnie nie wrócił do kreślenia na tablicy schematu blokowego obliczania równania kwadratowego, ale powiedział po prostu:
- Przerwa.
Schowałam zeszyt i wyszłam, za mną wytoczyła się cała specjalizacja. Tak naprawdę zostało pięć minut do przerwy, ale kto by się tym przejmował?
Nauczyciele, którzy mnie mijali, uśmiechali się do mnie i grzecznie odkłaniali się na moje "dzień dobry". Nawet - o dziwo! - profesor z WoSu pozdrowił mnie uprzejmie. Dotąd mu si to nie zdarzyło.
Najlepszy dowód, że dyrektor powiadomił o wszystkim nauczycieli... albo dowiedzieli się od swoich dzieci. W samej mojej klasie jest troje dzieci nauczycielskich.
Takie spojrzenia, szepty, uśmiechy towarzyszyły mi także w piątek. Trudno rozmawiało się ze znajomymi z klasy. Jakoś... opornie to szło. Jakby nagle się dowiedzieli, że cierpię na jakąś bardzo zaraźliwą chorobę skóry. Może im się wydaje, że mogą się rakiem zarazić? Idiotyzm.
Dlatego właśnie chciałam iść do szkoły przed feriami. Powiedziałam, co miałam powiedzieć, powiadomiłam, kogo miałam powiadomić. Cała szkoła już wie. Nikt prócz najbliższych znajomych nie zna szczegółów, ale wszyscy wiedzą. Teraz będą mieli całe dwa tygodnie na przemyślenie, poukładanie sobie tego w głowie... Na przypomnienie sobie, że rak nie jest zaraźliwy, a ja nie jestem jakimś potworem z kosmosu, tylko zwyczajną dziewczyną, która chce normalnie żyć, dopóki nie umrze.
Żyć do śmierci.
[Amy 11.02.2007 o 20:19:39] [
Powrót] [
Komentuj]
[
Uwaga! To tylko opowiadanie!]
gdzie zniknęłaś? :(
[ofelia 28.02.2007 o 16:06:12]
[] [brak www] [91.94.33.160]
Wiesz co bardzo fajnie ,ze o tym piszesz ,lecz znam dziewczyne,ktora naprawde ma raka mozgu i ma zaledwie 14 lat.Rak zajal wiekszosc mozgu ,byla z rodzicami wszedzie nawet w USA ,zeby sie leczyc i co choroba postepuje z dnia na dzien nawet ostatnio z godziny na godzine. Ale po co ja ci to mowie chyba wiesz ,ze tak tez sie dzieje na swiecie.Bardzo ladnie piszesz.Niemam do ciebie zalu o to ,ze piszez o tym ,trzeba mowic ,iz tak sie dzieje na swiecie.Jestem pod wrazeniem ,ze takie mlode osoby sa na tyle dojzale.
[marta 23.02.2007 o 11:13:21]
[] [brak www] [83.238.67.130]
hej! widziałam wiele blogów ale akurat Twój urzekł mnie od samego początku...
te kolory... klimat...
po prostu świetnie! gratuluję!
i zapraszam na mojego bloga poświęconemu poezji i aniołom:)
a jak już Ci się spodoba to możesz zostawić komenta
pozdrawiam;*
[Dorotka:) 19.02.2007 o 12:18:49]
[] [brak www] [83.14.51.130]
Ja myślę, że raczej dlatego, że chcą, by było jak dawniej... chcą choć na chwilę zapomnieć, że umrą.
p,
panna nikt.
[panna nikt 15.02.2007 o 15:24:56]
[] [brak www] [87.206.16.135]
zawsze zastanawiałam się, dlaczego osoby, które mają umrzeć chodzą do szkoły? chyba tylko po to, żeby innym było głupio że żyją. Egoiści.
[ofelia 14.02.2007 o 18:55:18]
[] [brak www] [217.116.100.240]
Czasu Słońce, czasu.. tylko i aż tego mi brakuje...
[nutty 13.02.2007 o 17:54:32]
[] [brak www] [83.23.134.75]
Dziękuję :* Staram się jak mogę...
p,
panna nikt.
[panna nikt 13.02.2007 o 12:59:09]
[] [brak www] [87.206.16.135]
Twoje opowiadanie jest tak bardzo realistyczne. Czasem łapie się na tym, że zaczynam wierzyć w istnienie Amelii...
[ginger 12.02.2007 o 21:52:50]
[] [
http://ginger16.blog4u.pl] [zalogowany]